30.08.2014

Przygoda czeka, czyli blachara w podróży


Wszystko ma swój kres. Nieprzyzwoite wręcz lenistwo w wyborowym towarzystwie również. Nasi współtowarzysze, przemili świadkowie i uczestnicy naszego bezczelnego nicnierobienia, spakowali manatki i wrócili do domu. My też zgarnęliśmy dziś rano dobytek, jednak nam towarzyszyła cudowna świadomość, iż ruszamy w przeciwnym kierunku. Wczoraj wieczorem gospodyni uprzedziła nas, iż w ten weekend kończy się sezon wakacyjny i należy spodziewać się ogromnych kolejek przed promem. Jej wizja była na tyle sugestywna, że zerwaliśmy się skoro świt i wczesnym rankiem dotarliśmy do Sumartinu, skąd odpływał nasz prom do Makarskiej. Przejażdżka po wyspie była bajeczna! Wyobrażacie sobie przecież to świeże poranne światło. Po drodze owce, gaje oliwne i pojedyncze kamienne domy. Kilka malowniczych przystanków z widokami zapierającymi dech w piersiach. Dobrze było poleniuchować, ten tydzień pomógł mi przygotować umysł i ciało do podróży. Ale krew już buzuje, czuję znów ten zew - przygoda czeka! 
Sumartin był drugim i jednocześnie ostatnim miasteczkiem wyspy, które do tej pory było nam dane poznać. Zupełnie inne od Supetaru, nie tak malownicze, ale niezwykle kameralne. Szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko, gdybyśmy przegapili nasz prom i utknęli tam na kilka godzin. W rzeczywistości niewiele brakowało - okazało się, że na tej trasie kursuje niewielki prom, który mieści zaledwie 25 pojazdów. (Nie)szczęśliwie się zmieściliśmy, więc zdołaliśmy jedynie wypić kawę w porcie, odbyć krótki spacer i ruszyć w stronę Riwiery Makarskiej. I to dopiero była niespodzianka!
Makarska nawet nie miała być przystankiem w podróży. Spodziewałam się komercji do kwadratu, tłumu turystów i zero klimatu, a tymczasem, przybijając do portu, miałam wrażenie, że wkraczam w świat Piratów z Karaibów. Może i mam wypaczone wyobrażenie, ale czułam się, jakbym wchodziła na plan filmowy. Widok na port - perełeczka! Nie mogliśmy oprzeć się pokusie - odsunęliśmy nasze plany na nieco później i ruszyliśmy między wąskie uliczki. Po tygodniu spędzonym na plaży na łóżku z baldachimem lub co najmniej pod trzepoczącym na wietrze parasolem, spacer pomiędzy starymi domami był zupełnie nowym doznaniem. I cieszę się ogromnie, że przede mną kilka dni rasowej podróży. Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć i zgadywania, gdzie jesteśmy teraz :-) Ostatnie zdjęcie jest podpowiedzią. Pozdrawiam serdecznie! :-) 

 Supetar/Makarska
 Sumartin
Sumartin
Sumartin
Poranek na wyspie Brac (nie, nie pijemy za kółkiem. Wino przypadkiem znalazło się w koszyku i wprosiło się w kadr) / Riwiera Makarska
Dachy Makarskiej
Riwiera Makarska
 Matko i Córko, a raczej odwrotnie ;-) Mała naśladuje, czyli najpiękniejszy komplement ever
Zgaduj zgadula :-) 

27.08.2014

Na wczasach

Kochani! Zacznę od gorących podziękowań pod Waszym adresem. Bardzo mi miło, że o mnie pamiętacie, tak licznie tutaj zaglądacie i zostawiacie komentarze. Bardzo to sobie cenię i pięknie za miłe słowa oraz Wasze odwiedziny dziękuję :-) Mam małe zaległości, jeśli chodzi o odwiedziny u Was, ale będę je powoli nadrabiać :-) 




A jak jest na wczasach? Czas płynie leniwie. Odpoczywam. Przeszłam w stan czuwania. Nadziwić się nie mogę, że tak stacjonarny wypoczynek daje mi tyle radości. To niepodobne ani do mnie, ani do Ślubnego. Zawsze gdzieś nas gnało, nigdzie nie potrafiliśmy zagrzać dłużej miejsca. Odhaczanie atrakcji i planowanie wszystkiego co do minuty nigdy nie było w naszym stylu, ale nieustannie byliśmy głodni tego, co się kryje za kolejnym zakrętem i dokąd prowadzi ścieżka zbaczająca z głównej drogi. Myślę sobie, że był to taki niedojrzały głód, który nie pozwalał nam się wyciszyć i docenić tego, że mamy czas, mamy siebie, i że otaczają nas urocze okoliczności przyrody.
Dopiero niedawno dałam sobie zgodę na to, by być głodną i jednocześnie głodu nie zaspokajać. Towarzyszy mi on gdzieś w głębi duszy, zaakceptowałam go tak samo, jak akceptuje się fakt przemijania, i wreszcie czuję spokój. Nie muszę już pędzić. Wiem, że choćbym spała na pieniądzach, życia mi nie starczy na zwiedzenie całego świata. Choć ten świat tak różnorodny, to przecież wyspy podobne są wyspom, jedna plaża przypomina drugą, malownicze miasteczka, choć malowane różną kreską, mają ten sam magiczny klimat. Nie mówię tu o walorach historycznych, przyrodniczych czy wizualnych, wiem przecież, że każdy zakątek tego pięknego świata ma nam do zaoferowania zupełnie inną paletę atrakcji.. Mam na myśli tu emocje, które ten świat we mnie budzi, struny, które porusza. Czas spędzony z bliskimi, z dala od zgiełku, jest tak samo wartościowy w chorwackim miasteczku, jak i na polskiej wsi. I choć wiele bym dała, by zobaczyć i poznać jak najwięcej, stawiam przede wszystkim na tu i teraz. Nie chcę wyciągać ręki po kolejne morza i lądy, dopóki nie zaznam spokoju w miejscu, w którym jestem.
Dlatego żółty wehikuł, który stanął przed domem naszej gospodyni w sobotnie przedpołudnie, stoi tam do dzisiaj i pewnie pozostanie do końca naszego pobytu na wyspie. Wiem, że Brac kryje w sobie wiele skarbów, malowniczych miasteczek, kamieniołom i urokliwe zatoczki - mieliśmy w planie je wszystkie zobaczyć. Ale równie cenne skarby są tuż za rogiem. Kryją się pomiędzy owocami granatów, w które obfitują okoliczne drzewa, między krzakami lawendy, w kamiennych uliczkach, u szczytu stromych schodów i za tajemniczymi furtkami, których jest tutaj bez liku. Uśmiech Anki jest tak samo uroczy każdego dnia, a pocałunki smakują równie dobrze, niezależnie od tego, czy towarzyszy im wiekowy kamienny mur czy blaszany garaż.
Ale nie mówię nie zwiedzaniu. Nie jestem ignorantem. Wczoraj wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy do Splitu. Magiczne miejsce. Ale nie zwiedzaliśmy go z przewodnikiem w ręku. Udaliśmy się po prostu na spacer, szliśmy przed siebie tam, dokąd wiodła nas ciekawość i małe dziecięce stópki. I taki sposób zwiedzania lubię najbardziej. Lubię przyglądać się ludziom, miejscowym i turystom, choć nie zawsze potrafię ich rozróżnić. Lubię poudawać, że jestem częścią tego świata, że to i moja codzienność. Lubię robić setki zdjęć i lubię nie wyciągać aparatu. Są chwile, których nie łapię w kadrze - świadomie, wbrew zasadzie, że to, czego nie uchwycił obiektyw, jakby się nie liczy. I wbrew ostatniemu zdaniu wrzucam trochę zdjęć z Supetaru i ze Splitu, niech te obrazy umilą Wam późno sierpniowy wieczór, bo słyszałam, że w Polsce pogoda nietęga. Złotych snów! 









25.08.2014

Krajobraz po burzy

Supetar. Wyspa Brac, Matka Natura postanowiła, że pierwszy wieczór w Chorwacji na długo zostanie w naszej pamięci. Przyniosła nam burzę z dudniącymi grzmotami, piorunami biegnącymi aż po horyzont, i wiatrem tak silnym, że cały port z łódkami i palmami tańczył w jego takt. Agnieszka, autorka wyjazdu i nasza przewodniczka, od lat jeździ do Chorwacji, ale mówi, że takiego zjawiska jeszcze nie widziała. Faktycznie burza była rasowa. Ale jeszcze piękniejszy był Supetar po burzy. Niebo przybrało kolory trudne do opisania, nawet aparat nie zdołał ich wiernie uchwycić. Powietrze stało się krystalicznie czyste i ukazało nam piękny górski krajobraz w oddali. Fale odbijały róż zachodzącego słońca, a w powietrzu zaczął się unosić zapach kwiatów i drzew. Ten ostatni, niezwykle intensywny, utrzymał się do kolejnego dnia. Poranek uderzył nas kompozycją zapachu rozmarynu i lawendy - cudowną, wakacyjną kombinacją. 
Jesteśmy zauroczeni. Miasteczko jest niezwykle malownicze, pogoda, za wyjątkiem burzy, rozpieszcza. Dziś poszaleliśmy i wynajęliśmy sobie łóżko z baldachimem przy samej plaży. Przez biel baldachimu przebijały się liście palmowe, a delikatny wiatr rozwiewał firanki i ukazywał naszym oczom błękit nieba i wody. Cud, miód, perełeczka. 
Pierwszy tydzień dedykujemy słodkiemu lenistwu. Potem nasi współtowarzysze wracają do domu, a my w drogę, zwiedzać ten piękny kraj. 

A burza? W moim odczuciu miała znaczenie symboliczne. Wymazała z mojego umysłu wszystkie trudne emocje, pozwoliła grubą krechą oddzielić to, co było, od tego, co los dopiero przyniesie i pomogła się szczerze zrelaksować.


22.08.2014

Chwilo, trwaj!


To był szalony tydzień. Ale już nie muszę o niczym pamiętać - raporty, statystyki, budżety, to chwilowo nie moja broszka. Trwaj piękna chwilo, trwaj! Mam wory pod oczami i szeroki uśmiech na twarzy. Ruszamy. Ślubny, Młoda i ja. Kierunek - Chorwacja. Plan na te trzy tygodnie? Wyspać się, opalić, godzinami gapić w chmury. Wszystko to w trwałym zachwycie nad pięknem przyrody i architektury. 
Zaglądajcie tutaj - będę do Was wpadać. A teraz już znikam, żółty wehikuł czeka. Pięknego weekendu Wam życzę! :-)

19.08.2014

Taka Ameryka..


Zawsze byłam powsinogą i nosiło mnie po świecie. I jestem pewna, że gdybym pod koniec studiów nie poznała Pana Męża, wyjechałabym na Hawaje handlować kokosami.  Zanim go poznałam, pchałam się na wszelkie możliwe szkolne wycieczki, wybierałam je ponad wszystkie inne dobra i atrakcje. Wspólnie z rodzicami gościłam w domu dzieciaki z Francji i Ukrainy. Jako studentka opiekowałam się dziećmi w Bawarii, pognało mnie do Yorkshire, zaliczyłam też najkrótszą w świecie dziekankę (trwała cały tydzień!), bo przez chwilę zauroczył mnie wielki świat. A teraz pasję dzielę ze Ślubnym i z Młodą. Cenimy sobie zarówno polskie dziury zabite dechami, jak i podróże przez ocean. Kochamy pola, łąki, lasy, stare pochylone chaty, swojski miód i malwy, Ale równie mocno elektryzują nas wielkie lotniska, Ameryka i to co nieznane. Podróże dają nam wspólny czas, własne towarzystwo i radość odkrywania świata oraz siebie nawzajem. Czasem zahaczamy o kurorty, ale smaku All Inclusive nie znamy. Trochę planujemy, ale głównie dajemy się ponieść i inspirować na miejscu. A odkąd usłyszeliśmy o Couchsurfingu (o tym innym razem), nasze podróżowanie nabrało zupełnie nowych barw. 

O wsiach już było tutaj. Teraz czas na Amerykę :-) Oto moja wersja, zlepek trzech podróży, z czasów przed i już z Anką. A wszystko przez to, że za trzy dni ruszamy w drogę. Kierunek zupełnie inny, więc związku nie ma żadnego (poza tym, że ekscytacja taka sama :-). Kto już po urlopie, niech wyciąga zdjęcia i z łezką w oku wspomina. Kto przed, niech raduje się razem ze mną. Kto w tym roku nie miał, niech uwierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych! :-)






17.08.2014

Alternatywna rzeczywistość


To były dwa tygodnie pełne cudownych spotkań. Piękne towarzystwo, błogi śmiech, godziny rozmów. Długie biesiady przy stole, kilka butelek wina, ponad 60 jaj przerobionych na ciasta (w tym dwa torty, sama jestem pod wrażeniem), spotkania rodzinne i z przyjaciółmi, beztroska, ale i refleksja, dawne rodzinne historie zasłyszane od Cioci Babci Staruszeczki... Pełen relaks, a w tym wszystkim moc przepięknych prezentów! Czułam się jak mała dziewczynka w krainie Świętego Mikołaja, autentycznie. Licznik wyzerowany. Odnalazłam spokój i pewność siebie. Przypomniałam sobie, jak to jest być sobą, jak to jest nie spieszyć się, słuchać swojego głosu i swoich pragnień. Znów jestem uśmiechniętą oazą spokoju, nic nie wyprowadza mnie z równowagi, z wszystkiego czerpię przyjemność. Anka może wyrywać mi włosy plotąc misterne warkocze, mogę stać w kilometrowych korkach na płatnej autostradzie, mogę wstawać o 6., by upiec ciasto na miłe śniadanie i 5 razy dziennie zapełniać zmywarkę. To ja czy nie ja? Która wersja jest prawdziwa? Ta zrelaksowana od święta, czy ta codzienna, z żołądkiem w kokardę związanym? Czas wolny, który został mi podarowany, przeniósł mnie na zupełnie inną orbitę, do alternatywnej rzeczywistości. Cudownie byłoby osiągnąć ten stan w codziennym życiu, wypracować sobie dystans, mechanizm obronny, który nie pozwala się zafiksować, zdominować, zapędzić w kozi róg. Na razie jednak nigdzie nie wracam. No dobrze, wracam, ale tylko na chwilę, na dni kilka, by przekazać obowiązki, a potem ruszam w drogę, na piękne wakacje z rodziną i przyjaciółmi. I to dopiero początek drogi, która nie wiadomo dokąd mnie zaprowadzi.

Patrząc na poniższe zdjęcia, można odnieść wrażenie, że to droga wiodąca mnie, ofiarę konsumpcjonizmu, ku upadkowi. Tyle bajecznych podarunków, tyle jedzenia, można pomyśleć, tyle forsy poszło się bujać w kosmos. Zapewne. Jestem hedonistką i konsumentem, miłośniczką ludzi i piękna w każdej postaci. Jestem też dzieciakiem z PGR-ów, który tylko dzięki sile i uporowi rodziców zobaczył lepszy świat. To ja, szara myszka, która długo nie miała najlepszej przyjaciółki i bała się w jakikolwiek sposób zwrócić na siebie uwagę. To też ja, która pod koniec studiów zarabiała najniższą krajową. Tu, gdzie jestem, doszłam dzięki pomocy najbliższych, własnej wytężonej pracy, wierze i przekonaniu w to, że mi musi się udać. Nie zawsze było jedwabnie i różowo, więc bez najmniejszych skrupułów i wyrzutów sumienia pozwalam sobie rzucać wyzwanie bogom i być bezczelnie szczęśliwą. 











@Syl, jeśli widzisz i czytasz, mam nadzieję, że nie grzmisz :-) Dawno, dawno temu widziałam taką sukienkę u Ciebie. Zakochałam się na zabój, długo nie wiedziałam, gdzie ją znaleźć, aż któregoś razu napisałaś o Hell Bunny. Rybka chwyciła haczyk i tym cudownym sposobem weszłam w urodzinowe posiadanie tej bajecznej kiecki. Po stokroć dzięki za inspirację!


10.08.2014

Moi Mili, czyli o rocznicy słów kilka

Myśli się biją, czy ma być z sentymentami, czy bez. Okazja ważna, bo w końcu pierwsze urodziny. Nie jestem arcy aktywnym blogerem i nie sprzedaję tutaj tajemnych treści, ale ogromnie lubię ten świat, lubię Was i Wasze blogi, lubię składać swoje wpisy, lepiej lub gorzej robić zdjęcia i zastanawiać się, czy podoba Wam się moja wizja świata.




Blog stał się ważną częścią mojego życia, choć tak naprawdę jest jeszcze w powijakach i wiele pracy przede mną. Ale już teraz daje mi mnóstwo radości, mobilizuje do działania, skłania do refleksji. Zabrzmi odpustowo, ale tego wszystkiego nie byłoby bez Was. Dziękuję za to, że jesteście, że tutaj zaglądacie, zostawiacie komentarze i zapraszacie w swoje progi. Podziękowaniom towarzyszy niespodzianka, czyli urodzinowe candy :-) Niech będzie wyrazem wdzięczności i próbą wspólnego świętowania :-) 



 Co trzeba zrobić, by wziąć udział w Candy?
- zostawić komentarz, w którym zgłaszacie chęć udziału w konkursie
- umieścić na swoim blogu powyższy banerek z linkiem do tego posta
- osoby nieprowadzące bloga również serdecznie zapraszam i proszę o pozostawienie adresu mailowego
- będzie mi miło, jeśli dołączycie do obserwatorów bloga i/lub polubicie Pretty Things by Agu na Facebooku
Konkurs trwa do 14 września. Serdecznie zapraszam :-) 

09.08.2014

Cukierkowa słodycz

Dziś bez zbędnych filozofii. Pokazuję nowe oblicze łazienkowych szafek, którym mój urlop przyniósł w prezencie zasłonki. Koniec z negliżem i gołą facjatą. W szafkach zawisły pastelowe kratki i kwiatki. Większość z nich to przerobione ściereczki kuchenne - z Ikei oraz od Green Gate (nie, nie szkoda było mi je pociąć - pięknie się prezentują :-). Zasłonkom towarzyszą cukierkowe uchwyty i razem tworzą przyjemną dla oka przestrzeń. Spójrzcie sami:


Uchwyty, ściereczki i wybrane tkaniny kupiłam w sklepie Pretty Home. Dotarły do mnie pięknie zapakowane..






Pod szafkami kryje się pralka i suszarka, a w szafkach wszystko, o czym można sobie zamarzyć :-) Ręczniki, cała chemia gospodarcza, kosmetyki, z których korzystamy na bieżąco oraz wszystkie nasze zapasy. A najlepsze jest to, że szafki kryją w sobie też kosze na pranie -zwykłe wiklinowe - osobno do ciemnego, i do jasnego prania.







 A tak było wcześniej..


Mnie bardzo ta zmiana cieszy. A jak Wam się podoba? :-)