05.07.2015

Przeprowadzka




Moi Drodzy,

nadeszło nowe :-) Rozgościłam się pod nowym adresem www.happy-place.pl i serdecznie Was do siebie zapraszam. Tam już wszystkiego się dowiecie. 
Do zobaczenia!

Agnieszka

02.07.2015

Znajda



Do niedawna wszelkie komisy omijałam szerokim łukiem. Wydawało mi się, że można w nich spotkać co najwyżej przaśną meblościankę, sfatygowaną rogówkę lub pamiątkowy sprzęt agd. I tęskniłam za stacjonarnym miejscem, w którym można by było w dobrej cenie kupić nietypowe przedmioty codziennego użytku. Bytomskie starocie uwielbiam, ale to nie to, gdy człowiek tęskni za czymś na wzór brytyjskich charity shopów. 


Niedawno ku własnej uciesze zauważyłam, że jeden z gliwickich komisów zmienia profil, pojawił się inny asortyment, inni zaglądacze, ciekawe towary znikają w mgnieniu oka, kwitnie system rezerwacji i kolejek, na wypadek gdyby ktoś z rezerwacji zrezygnował. W środku spotykam już nie tylko przygarbione babinki, ciągnące za sobą kraciaste torby, ale młodych ludzi polujących na unikatowe meble i akcesoria. Sama mam już na koncie kilka udanych zakupów. I kilka obiektów, których nabyć mi się nie udało, bo lista rezerwowa była zbyt długa. 
Na szczęście w poniedziałek los mi sprzyjał :-) Gdy przechodziłam obok komisu, mój wzrok padł na złoty barek na kółkach. Można pomyśleć, że kicz, tandeta i na co to komu. Nawet atrakcyjna cena wynosząca 30 zł mogłaby nie załatwić sprawy. Ale oczywiście nie w moim przypadku, bowiem.. ja od dawna na taki barek polowałam. Nawet po głowie mi chodziło, by kupić nowy i na złoto pomalować. Może nie w całości, ale jednak złoto miało być. Klasyk taki. 
Małżonek trochę się dziwił, ale nic nie mówił. A ja już wiedziałam, że mogę znaleźć mnóstwo zastosowań dla nowego lokatora. Pokażę Wam dziś kilka propozycji. Niestety nie przygotowałam klasycznego wcielenia z szampanem i kieliszkami, ale jeszcze będzie okazja :-) Dziś bardziej codzienne rozwiązania. Ciekawa jestem, które Wam się najbardziej podoba :-) Uściski! 

1. Stolik nocny



2. Stolik nocny w wersji junior :-)






3. Kwietnik



4. Kuchenny pomocnik



5. Szafka na buty





6. Stolik kawowy





A Wy odwiedzacie komisy? Macie w swojej okolicy sprawdzone klamociarnie lub targi staroci? Pozdrawiam Was serdecznie, bo przecież nie ciepło ;-) Uściski!

28.06.2015

Pelagia w akcji


Lato dopiero się zaczęło, a ja już myślę o zimie. Wcale za nią nie tęsknię. Właściwie to mam wrażenie, że dopiero przed chwilą zamknęłam za nią drzwi. Myśląc o zimie, celebruję lato ze wszystkimi jego kolorami, smakami, zapachami. Pochłaniam je tu i teraz wszystkimi zmysłami, a wiedząc, że minie szybciej niż bym tego chciała, staram się zamknąć jego urok w słoikach.


W tamtym roku udało mi się zatrzymać dopiero jesienią. Latałam z wywieszonym jęzorem na targ i dźwigałam siaty ze złocistymi jabłkami i granatowymi śliwkami. I już wtedy pomyślałam sobie, że następnych truskawek nie przegapię. W tym roku w miłym towarzystwie przetworzyłam ich kilkanaście kilo: na klasyczne konfitury, dżem z rabarbarem (przy przewadze rabarbaru - pycha!) i najlepszą z najlepszych, czyli konfiturę z truskawek z kwiatami czarnego bzu. Od dawien dawna przymierzałam się do tych kwiatów, mam na ich punkcie bzika, ich bajeczny zapach z miejsca przenosi mnie na wieś i odejmuje mi dwadzieścia parę lat ;-) Niestety zbiory były skromne, o sokach nie miałam co marzyć, starczyło za to na kilka symbolicznych słoików konfitur. Smakują nieziemsko i już wiem, że trzeba mi będzie specjalnej strategii na zimę - Anka oblizywała się przy nich z takim smakiem, że może mi sprzątnąć całą przyjemność sprzed nosa.

Jest coś magicznego i jednocześnie tak przyziemnego w przygotowywaniu zapasów na zimę. Z gotowaniem idzie mi różnie, nie zawsze po drodze, ale słodkości, czy właśnie przetwory, to zdecydowanie moja bajka. Wystarczą owoce, cukier, czasem wanilia czy sok z cytryny, i po chwili kolorowa gęsta papka pyrka sobie radośnie na piecu, roztaczając cudowną woń w całym mieszkaniu. Jeśli nie przesadzić z ilością, człowiek wcale się nie namęczy. Starczy jeszcze sił na to, by ubrać słoiki w kolorowe czapki, dorzucić etykiety i przewiązać wstęgą. A potem można usiąść, uśmiechnąć się do siebie pod nosem i na własnej skórze przekonać się o tym, co to znaczy być boginią domowego ogniska :-) 















25.06.2015

Mówisz i masz



Miłe Panie i Panowie (wiem, że kilku tu zagląda :-), pięknie Wam dziękuję za tak częste odwiedziny, ciepłe słowa i mądre komentarze, w których dzielicie się ze mną swoimi doświadczeniami i spojrzeniem na świat. To niesamowite. Na co dzień nie mam okazji wymieniać myśli na jeden temat z tak dużą ilością osób, a dzięki Wam zawsze mogę spojrzeć na zagadnienie z zupełnie innej strony i znów się przekonać, jak wiele jest odcieni szarości. Dziękuję! :-)

Dziś nie mam dla Was porcji filozoficznych rozważań. Pokażę Wam jedynie, jak dosłownie w pięć minut uszczęśliwić małą solenizantkę.
Zaczęło się od tego, że kilka dni temu Anka mnie poinformowała, że chciałaby świętować imieniny. Ślubny i ja swoich właściwie nie obchodzimy, więc przez te cztery lata nawet do głowy nam nie przyszło, by sprawdzić w kalendarzu termin imienin własnej córki. Szybko to jednak nadrobiłam i okazało się, że najbliższa Anna wypadała 23 czerwca. Wbrew zasadzie, że powinny to być pierwsze imieniny po urodzinach, ustanowiłyśmy z Młodą, że to będzie jej święto. Na pytanie, jak chciałaby je uczcić, odpowiedziała, że pragnie otrzymać laurkę i jeden mak (zgadza się, taki kwiatek ;-). Odetchnęłam z ulgą, ale nie martwcie się - natychmiast dodała, że Świętego Mikołaja poprosi za to o zamek Elzy. Duży, żeby nie było. 

Z zamkiem miałabym nie lada kłopot, ale wyczarować laurkę i maki to żaden problem. Tym bardziej, że szuflada pełna kolorowego papieru, wstążek i naklejek. A polny bukiet z makami w roli głównej akurat gościł sobie w naszej kuchni, jako pamiątka pewnego miłego spotkania na wsi.

Powiem Wam, że kolorowy papier ozdobny nie raz uratował mnie w sytuacji, gdy się okazywało, że pilnie muszę wręczyć jakiemuś młodemu człowiekowi zaproszenie, urodzinową kartkę czy list z podziękowaniami, a nic stosownego nie mam pod ręką. Dodam też, że nie jestem dobra w misternym ozdabianiu, wycinaniu i przyklejaniu - scrapbooking podziwiam wielce, lecz z daleka. Co zatem zrobiłam? Wzięłam arkusz ozdobnego papieru, zadrukowanego tylko z jednej strony, bo zależało mi na tym, by móc w środku skreślić dla Ani kilka miłych słów, bez potrzeby wklejania dodatkowej kartki. Arkusz złożyłam na pół i ozdobiłam naklejkami z retro sarenkami, które zostały mi jeszcze po Ankowych urodzinach. Wpisałam życzenia, zrobiłam dziurkaczem małą dziurkę, przewlekłam przez nią wstążkę i gotowe :-) Tak przygotowana kartka-laurka oraz jeden mak czekały na Ankę po jej powrocie z przedszkola. Trud został doceniony, Młoda się ucieszyła. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie dodała, że tę dziurkę na wstążkę mogłam zrobić w kształcie motyla ;-)












23.06.2015

Wychowawcze dylematy


Z okazji Dnia Ojca, i nie tylko, znów będzie filozoficznie. To chyba ta deszczowa aura tak mnie nastraja. Kilka dni temu powitaliśmy lato, pożegnaliśmy oficjalnie rok przedszkolny, i choć zajęcia nadal trwają,  z nauką mają już niewiele wspólnego. Był Ankowy występ baletowy w najprawdziwszym Gliwickim Teatrze Muzycznym, były popisy w przedszkolu, i plastyczny konkurs na pracę wakacyjną również. Z zaznaczeniem, że chodzi o pracę samodzielną dzieci. 


Anka o konkursie pamiętała, więc któregoś dnia wzięła kartkę, flamastry i swoją czteroletnią ręką wyczarowała nadmorski landszafcik. Żadnych udziwnień, żadnego łamania schematów.  Ot, piasek, słońce, woda i kilka muszelek. Na odwrocie złożyła autograf i zadowolona z siebie zaniosła pracę do przedszkola. Pomyślałam sobie, że mogłam ją zachęcić do wykorzystania różnych technik, mogłam zasugerować inny format pracy, niż klasyczny prostokąt kartki, ale po pierwsze, nie miałam zamiaru podcinać jej skrzydeł (w końcu była z siebie zadowolona), po drugie, wystarczająco dużo prowadzenia za rękę ma na zajęciach plastycznych w przedszkolu, a po trzecie i najważniejsze - praca samodzielna to praca samodzielna. Dla mnie zaczyna się już od pomysłu dziecka, a na własnoręcznym wykonaniu kończy.

Jakież było moje zdziwienie, gdy w dniu zakończenia roku ujrzałam w przedszkolu prace innych dzieci. A to plaża zamknięta w słoiku, stworzona z piasku, muszelek i małego parasola. A to brystol obsypany żwirkiem, piaskiem i drobnymi kamieniami - oczywiście na kształt plaży. I fale morskie wykonane z błyszczących łańcuchów choinkowych... Powiem Wam, że dysonans między pracą Ani a pozostałych dzieci był uderzający. Dopuszczam możliwość, że w Ankowej grupie jest kilkoro niezwykle utalentowanych plastycznie dzieciaków, ale żeby niemal wszystkie? Wiem, że Ania swoje uzdolnienia ma, ale prawdopodobnie, przy największych wysiłkach, nie stworzyłaby podobnej pracy wakacyjnej. Bo, po pierwsze, na pomysł plaży w słoiku pewnie by sama z siebie nie wpadła, a po drugie, ktoś musiałby jej pomóc to wszystko przygotować, poprzycinać, powyklejać i tak estetycznie wykończyć. 

Wczoraj wieczorem Anka sobie przypomniała, że konkursu nie wygrała, po czym pogrążyła się w smutku i rozpaczy, wylewając łzy w rękaw taty.Czy ktoś wie, jakie jest w tej sytuacji najlepsze wyjście? Zasada to w końcu zasada, jak praca samodzielna, to samodzielna. Ale może warto zastanowić się nad definicją samodzielności? Szczerze powiedziawszy uważam, że zarówno prace samodzielne, wykonywane sam na sam ze sobą, jak również te inspirowane pomysłami i wspierane talentami dorosłych, są równie ważne i rozwijające. Działając samodzielnie, dzieciaki mogą w pełni wyrazić siebie, bez skrępowania szukać nowych rozwiązań (niestety dorosłe umysły bywają zawiązane na supeł, wiem, co mówię, bo czasem też tak mam), a gdy praca dotyczy konkursu, mogą się nauczyć odpowiedzialności za własne osiągnięcia. Lub ich brak. Przekaz, choć czasem bolesny, jest prosty. Wygrana cieszy dużo bardziej, bo jest własna. A gdy wygranej brak, następnym razem trzeba się bardziej postarać. I już.

Z drugiej strony jestem zdania, że należy pokazywać dzieciakom różne furtki, wspierać je, prowadzić za rękę,  by w odpowiednim momencie ją puścić. Mnóstwo rzeczy robimy z Anką. Pamiętacie nasze malowanie obrazów? Albo przerabianie lampy? Było też wspólne malowanie ścian, nie mówiąc o ozdabianiu ciastek, pisanek czy domków z piernika (te ostatnie tutaj). Gdy trzeba, tłumaczymy Ance technikę, ale staramy się nie mówić jej, co i jak dokładnie ma robić. Plusem wspólnego działania jest to, że dzieciak obserwuje, naśladuje i też tak chce, dzięki czemu uczy się tworzenia harmonijnej kompozycji, dobierania kolorów, świadomego odczuwania estetyki. Zatem taka wspólna praca to dobra rzecz. I gdy doszłam do tych wszystkich wniosków, przypomniało mi się, że czasem przedszkole ogłasza też konkurs na wspólną pracę rodzica z dzieckiem. Chcę wierzyć w to, że właśnie do tej kategorii wpadł słoik :-)

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Prace plastyczne to tylko przykład, pytam o szerszy kontekst. Dajecie dzieciakom wolną rękę, pozwalając im na trudną lekcję samodzielnego zbierania sukcesów i porażek? Czy może angażujecie się i podpowiadacie, starając się czasem uprzedzić fakty i uchronić przed porażką? Zostawiam Was z tym pytaniem, życząc udanego Dnia Ojca :-) 

21.06.2015

Ja też tak potrafię?

To może być moje wirtualne harakiri, ale po prostu muszę. Ten temat wierci mi dziurę w brzuchu i nie daje spokoju. Na każdym kroku zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi, gdzie tu sens, gdzie logika, gdzie jakiś wyższy cel. W szerszym kontekście chodzi o te wszystkie blogi, Instagramy i Facebooki. W węższym, przy którym stoją dla mnie największe znaki zapytania, strzelane naokoło zdjęcia, słit focie, selfi, dzióbki, zdjęcia talerza, lakieru do paznokci i kawy z pianką, które sprawiają że nie koncentrujemy się na życiu, a na kadrowaniu i lajkowaniu. 


Oczywiście muszę tu bronić sama siebie. O ile wrzucanie tych zdjęć w bardziej rozbudowaną treść bloga ma dla mnie większe uzasadnienie (chociażby takie, że zdjęcie obrazuje czy uzupełnia tekst), to szczerze i mocno zastanawiam się nad ideą Instagrama. Od razu mówię, że nie krytykuję, nie rzucam kamieniem, po prostu próbuję zrozumieć. Próbuję, bo za chwilę będę potrzebowała najróżniejszych kanałów, by móc wyrażać i promować się zawodowo. Czując się jak Denver Ostatni Dinozaur, kilka tygodni temu założyłam sobie tam konto. Zrobiłam kilka testowych zdjęć, by zobaczyć, jak to w ogóle działa, jak się wyświetla, no i rzecz jasna by sprawdzić, jak to to obsłużyć. I powiem Wam szczerze, że robiąc zdjęcia kwiatów czy książki, oznaczając je enigmatycznymi hasztagami i wrzucając do sieci, czułam się dosłownie tak, jakbym wyrzucała papierek przez okno pędzącego samochodu. Bo co można dodać od siebie, jeśli sieć przyjęła już wszystko? Niby to samo można odnieść do bloga, ale tutaj pisanie jest moją pasją, w lepszy lub gorszy sposób wyrażam siebie, i choć może mój blog nie jest wybitny, przynajmniej się go nie wstydzę. Gorzej ze zdjęciami robionymi telefonem, bo żaden ze mnie fotograf profesjonalista, moje wyrwane z kontekstu kadry nie są ani artystyczne, ani nic mądrego nie niosą. Tak jak nikomu absolutnie nie odbieram prawa do wrzucania do sieci tego, na co ma ochotę, tak nie rozumiem, co się za tym trendem kryje. Obawiam się, że w dużej mierze chodzi o przeglądanie się w oczach innych, bo doprawdy co świat ma z tego, że zobaczy czyjeś nowe buty lub śniadanie? Łudzę się jednak, że może po prostu nie rozgryzłam jeszcze tej idei, że oprócz zdjęć grzywki, torebki i słit foci, Instagram zaoferuje mi ciekawe spojrzenie na świat przez obiektyw intrygujących ludzi. Możecie coś podpowiedzieć?
Biję się z tymi i podobnymi myślami od dawna, ale apogeum osiągnęłam na sopockiej plaży. Siedziałam ze Ślubnym i Anką na kocu. Morza szum, ptaków śpiew, bańki, latawiec i te sprawy. Sielanka. Relaks. Moment, w którym nic więcej od życia mi nie trzeba. Myślę sobie, że nawet nie będę wyciągać aparatu, bo nie chce mi się przerywać tego słodkiego nicnierobienia, tego kontemplowania rzeczywistości, podglądania Anki, obserwowania mew. To nic, że nie będę miała tego na zdjęciu, które mogłabym wziąć do ręki za 30 lat, że nie pokażę Ankowego latawca na blogu ani nie prześlę zdjęcia dziadkom. Po prostu: "Chwilo, trwaj!". Gdy mam wenę, fotografuję jak opętana, uwielbiam to robić, uwielbiam wybierać i wypełniać kadry, ale bez weny ani rusz. I coraz częściej decyduję się na rejestrowanie rzeczywistości tylko gołymi oczami, bo nie chce mi się kadrować, przesuwać bardziej w lewo, oglądać Ankowych popisów na scenie przez obiektyw. Trudno. Najwyżej nie będzie miała wzruszającego filmu, który będzie pokazywać własnym dzieciom. Ale przynajmniej ma mamę, która świadomie i uważnie się jej przygląda.
A wracając do sopockiej plaży.. Pojawiła się na niej pewna Azjatka z mężem i dwójką dzieci. Wszyscy piękni, modelowi, jak z obrazka. I wydaje mi się, że pani mama nie zamieniła z rodziną ani słowa. Przyglądałam się jej mniej więcej przez godzinę, i absolutnie za każdym razem robiła sobie selfi z kija (nie wiem, jak profesjonalnie nazywa się to narzędzie do robienia sobie zdjęć samemu), a to na tle morza, a to na piasku, a to z widokiem na molo. Gdy już jej się znudziło, zaczęła fotografować dzieci. A gdy odłożyła komórkę, wyjęła aparat, podała dzieciakom i zaczęła pozować razem z panem tatą. I jestem pewna, że na blogu, Facebooku czy właśnie Instagramie, będzie miała bajeczne zdjęcia z cudownych, rodzinnych wakacji. Będą je oglądać w dniu ślubu dziewczynek, może wkleją do pięknego albumu lub zrobią z nich kalendarz, będąc przekonani, że spędzili fantastyczne chwile na złocistej, polskiej plaży. Posypią się lajki i komentarze, i tylko nikt nie pomyśli, że to nie styl, a już stylizacja życia. Amen.

18.06.2015

O miejscach z duszą


Przyznaję się bez bicia - jestem podglądaczem. Kiedy tylko mogę, zapuszczam żurawia i podpatruję, jak żyje się innym. Bez obaw, nikomu nie zaglądam w portfel czy do sypialni.. choć to drugie jest już mocno dyskusyjne ;-) Moje dziwactwo polega na podglądaniu wnętrz. Pielęgnowałam je podczas licznych w dzieciństwie przeprowadzek, później na studiach w Krakowie - podczas zmieniania adresów, szukania stancji czy udzielania korepetycji. Z czasem doszedł couchsurfing, który dosłownie umożliwił mi wchodzenie w czyjeś życie z butami, a na deser pojawił się home staging, dzięki któremu łażę po cudzych domach i pomagam je naprawiać.


Nie mam pewności, skąd mi się to wzięło. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam baśnie Andersena i piękną ilustrację, na której dziewczynka z zapałkami zagląda przez okno do wnętrza bogatego domu, by choć trochę ogrzać się w bożonarodzeniowym cieple domowego ogniska. Pamiętam też zimowe spacery po zmroku, rozświetlone kuchennymi lampami cudzych domów lub niebieskim blaskiem telewizora. Bezkarnie zaglądałam w okna mieszkań na parterze i łapałam migawki z cudzego życia codziennego. 

Mając takie zamiłowania, po prostu nie mogłam powiedzieć "Nie" couchsurfingowi, który skupia ludzi gotowych do ugoszczenia u siebie nieznajomych, odstąpienia im kanapy lub sypialni, poświęcenia im swojego czasu, często przygotowania posiłku i okazania takiej gościnności, o jakiej nikomu się nie śniło. Wszystko za darmo, oparte na pięknej idei dzielenia się tym, co mamy. Uwielbiam! Korzystam i sama też goszczę.
I właśnie dzięki tej pięknej idei i gościnności naszego fińskiego gospodarza, mieliśmy okazję pomieszkać w cudownym miejscu na samym końcu świata. Wyobraźcie sobie, że to się działo naprawdę.. niewielka zielona wyspa, a na niej przytulna drewniana chatka w samym środku lasu. Zapach igliwia, donośny śpiew ptaków, gałązki trzeszczące pod stopami. Dookoła małe drewniane mostki, stare latarenki zawieszone na słupach i gałęziach, kilka kroków dalej gigantyczne tipi (!) - zabawka dla dorosłych chłopców, którzy niezależnie od wieku lubią chować się w lesie, pogadać, popić i pośpiewać. Już sama okolica sprawiała, że miałam ochotę uszczypnąć się w rękę i sprawdzić, czy to się dzieje naprawdę. Więc czy wyobrażacie sobie, co się działo, gdy weszłam do wnętrza chatki?
Tak, to była estetyczna ekstaza. Lecz jeśli ktoś spodziewa się tutaj dizajnerskich dodatków i przemyślanej kompozycji, może się srodze zawieść. Chatka fińskiego gospodarza to było jedno z najbardziej przytulnych miejsc, jakie w życiu widziałam. Pełna wdzięku i bibelotów, urządzona jakby od niechcenia, przy okazji. Meble i dodatki sprawiały wrażenie niewymuszonej, lekkiej, wręcz przypadkowej kompozycji. Tu piękna rzeźbiona ławka, tam jakiś staroć, stolik z Ikei, stary, byle jaki fotel i zabawki wnucząt. Bez nadęcia, bez zbędnej gadki. Po prostu wnętrze, które żyje i zaprasza w swoje progi. Powiem Wam, że bardzo chciałabym umieć tworzyć taki klimat, olewając wszystkie wnętrzarskie zasady, nie myśleć o schematach kolorystycznych i całym tym feng shui. Nie wiem, jak teraz kształci się architektów, ale patrząc na to, co  wychodzi spod ich rąk,często odnoszę wrażenie, że uczy się ich tworzenia przestrzeni zimnych, dizajnerskich, których główną rolą jest ładna prezentacja w portfolio. Słyszałam też od znajomych z branży, że tworzenie przytulnego wnętrza to dla architekta obciach. Czy naprawdę tak jest, to nie wiem, ale jestem przekonana, że nikomu by nie zaszkodziło, gdyby obowiązkowym projektem na studiach było stworzenie właśnie takiej chatki. Bo moim zdaniem to dopiero jest sztuka, stworzyć coś ze zbieraniny różnych, teoretycznie nie pasujących do siebie przedmiotów i mało szlachetnych materiałów. I zrobić to w taki sposób, by już nikt nie chciał opuścić tego wnętrza. Ci, którzy posiedli tę umiejętność, są jak ten typ kobiet, które niezależnie od tego, co na siebie włożą, nawet jeśli będą to zwykłe dżinsy i t-shirt, wyglądają nieziemsko. To ta lekkość i puszczanie do nas oka, to mały ptaszek z origami przypięty do morskiego pejzażu, to kosz na drewno przewiązany starym skórzanym paskiem.. Proszę spojrzeć! :-)



















A na deser dodam jeszcze kilka kadrów z domu Muminków. Czy Wy też zastanawiacie się teraz, dlaczego nie buduje się okrągłych domów? Przecież Muminkowa rezydencja jest piękna i przestronna.. kto wie, może kiedyś? :-))