01.12.2013

Twórczy szał

To było do przewidzenia. Parę dni w domu i kilka z milionów pomysłów znalazło ujście. Ot, jedna z jasnych stron chorowania. Tęskniłam za czasem spędzonym w domu, za pożytecznym nicnierobieniem, za byciem sam na sam ze sobą. Urlop zazwyczaj spędzamy w podróżach, co oczywiście dostarcza nam mnóstwo wrażeń i radości, pozwala się zresetować, ale nie jest to taki relaks w czystym wydaniu. A na chorobowe rzadko sobie pozwalam. Miałam w 9 miesiącu ciąży i potem raz, gdy mi szyli głowę. No i w sumie dwa dni na Ankę, bo zaczęła jakieś paskudztwa przynosić z przedszkola. Zatem, mimo podłej kondycji, z rozkoszą pozwoliłam sobie na chorowanie i z rozrzewnieniem wspominałam szkolne czasy, gdy na jeden sezon przypadały przynajmniej dwa tygodnie leniuchowania w domu (z pełną obsługą!). Wiem, brzmi to dość żałośnie, ale myślę, że wiele z Was mnie rozumie. 
Czym się to siedzenie w domu zakończyło? Kilkoma rozpoczętymi projektami, jednym zrealizowanym, wieloma inspiracjami i wielkimi planami :-) Mogłam sobie na to pozwolić, bo nie dość, że w ten weekend byłam tą biedną, to jeszcze wyekspediowaliśmy Ankę do dziadków na noc. Można więc było robić bajzel i smrodzić. Przed brudną robotą Mężu skoczył do Zdrowej Krowy po paliwo. Od lat nie jem niczego, co miało twarz i matkę, ale w ofercie był wege hamburger - pycha. Mam dla Was tylko zdjęcie opakowania, bo zawartość pochłonęliśmy w zawrotnym tempie. Polecam. 



Po kolacji zabrałam się do pracy i przemalowałam drzwi wejściowe. Zniknął szary kolor i pojawił się nowy. O taki:


Na drzwi mam jeszcze pewien pomysł (jeden z nieukończonych projektów:-)), więc pokażę wszystko razem. Mam nadzieję, że już za kilka dni.
Pod pędzel poszło więcej rzeczy, będą się w miarę moich możliwości pojawiać na blogu.

W twórczym szale chwytałam się wszystkiego, tym bardziej, że dziś poczułam się już zdecydowanie lepiej. Chciałam spróbować kilku rzeczy naraz i w związku z tym, po kilku godzinach szalonej pracy, nadal nie miałam nic gotowego. Uparłam się, że jeszcze dziś muszę mieć namacalny efekt moich działań i w ten oto sposób powstały świąteczne wianki. Niewielkie, wiklinowe, zagracały od dawna parapet. Anka zrobiła z nich gniazdo dla kury, ale nie mogłam przecież pozwolić, by tak skończyły. 


Pożyczyłam kilka kwadratów z Ankowej narzuty (idą naprawdę świetnie, nie mam wyrzutów), połączyłam je na wiankach, dodałam zawieszkę i gotowe. Kiedyś spróbuję je złapać w świetle dziennym, a na razie mam takie zdjęcia:




Co jeszcze dziś robiłam? Zawiesiłam kolejne lampki. Mam do nich słabość i zapalam je nie tylko zimą. Dłuższą chwilę zastanawiałam się, gdzie je zamontować, i padło na jadalnię. A właściwie część kuchni, w której stoi stół, bo osobnej jadalni nie ma :-) Kiedyś przenieśliśmy do niej kanapę z salonu, Mężu wyposażył ją w wyższe nogi, by przy stole wygodniej się siedziało, i wraz z kanapą do kuchni przeniosło się życie rodzinne. Ostatnio w sklepach jest dużo lampek na baterie, bardzo mi się ten pomysł podoba. Nie trzeba się martwić o kable i gniazdka. Światełka zawisły nad kanapą, a moja bujna wyobraźnia przywiodła mi na myśl znane z filmów przyjęcia pod gołym niebem, gdzie nad głowami, pomiędzy drzewami, unoszą się kolorowe lampki. Ja mam tylko jeden sznurek, ale liczą się emocje, które on budzi :-) Kiedyś dorobię się Cotton Ball Lights i już wiem, gdzie zawisną. 


Po zapaleniu lampek tak się rozmarzyłam, że postanowiłam choć na chwilę przeorganizować ten kącik tak, by wyglądał w stu procentach po mojemu. Zazwyczaj styl narzuca konieczny kompromis zawierany z codziennością oraz z pozostałymi mieszkańcami domu. Tak się prezentuje w stanie surowym na co dzień:


Pewnie będzie się zmieniać, bo kilka pięknych tkanin jest już w drodze do mnie. No i mam pomysł na ten paskudny czarny kabel. Myślę, że washi tape cudnie się z nim rozprawi :-)
A tak kącik mógłby wyglądać, gdybym mieszkała sama. Gdyby nikomu nie przeszkadzała zsuwająca się z kanapy narzuta. Gdyby w koszyku, zamiast laptopa, mogły mieszkać włóczki. A w drugim, zamiast "Polityki" i kolorowanek, moje ulubione książki. Na stole mogłyby stać pelargonie, które pięknie mi od lata kwitną, a ja nie musiałabym się martwić, że pewna młoda dama będzie wyjadać  im ziemię.








Anka rośnie, mąż czasem przesuwa granice i godzi się na różne pomysły, więc nadzieja jest :-) Podoba mi się taki kącik, ale to tylko ozdobniki. A co ja bym zrobiła bez tych moich dwóch istot? Kto i dla kogo malowałby wtedy taką laurkę?



2 komentarze:

  1. Oj uroczy byłby Twój kącik :) Bardzo spodobał mi się pomysł na wianek, pozwolisz, że zainspiruję się nim odrobinę :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, inspiruj się do woli :-) jestem ciekawa Twojej wersji :-)

    OdpowiedzUsuń