03.06.2015

Życie to nie Pinterest

Znacie to wspaniałe uczucie, gdy znienacka dopada Was genialna wena twórcza lub znajdujecie fantastyczną inspirację u koleżanki, w gazecie lub w sieci? Ja znam. Pojawia się w moim życiu nader często. Wraz z nim przychodzi spory zastrzyk energii oraz naiwne przekonanie, że to banalnie proste i że moje talenty raz dwa sprawią, że i u mnie będzie tak ładnie. I choć raz po raz zdarzają się projekty, z których realizacji jestem naprawdę zadowolona, to nierzadko, gdy przychodzi mi podziwiać własne dzieło, wpadam w konsternację, w głowie się kotłuje, a na usta cisną się znaki zapytania i wykrzykniki, których treści nie będę przytaczać. 

W wielu miejscach w sieci można znaleźć dokładne instrukcje, jak krok po kroku stworzyć coś ładnego lub coś z niczego. Chętnie z nich korzystam i czuję wewnętrzną potrzebę dołożenia swojej cegiełki, ot tak, by odwdzięczyć się wirtualnej społeczności za korzystanie z jej zasobów. Niestety jestem słaba w te klocki, gdy coś robię, zazwyczaj skupiam się tylko na tym, i nie w głowie mi spowalnianie procesu ustawianiem kadrów. Mam jednak dla Was coś innego. Ranking moich trzech DIY porażek :-) Co Wy na to? :-)

Miejsce III


Lampa Łysa Tancerka vel Śpiewaczka (było już o niej tutaj)


Miało być pięknie. Zainspirowana wstążkowymi girlandami, zapragnęłam przekształcić moją pomarańczową lampę z kryształkami w pastelową, zwiewną tancereczkę, która zamiast klasycznego abażuru czy właśnie kryształków, ma zamocowane kolorowe wstążki. Girlandy, które mnie urzekły, wyglądały tak:



Przemalowałam stelaż, kupiłam kilometry tasiemek i przymocowałam je na taśmie dwustronnej. Ładnie to przez chwilę wyglądało, ale ostatecznie wylądowałam z lampą, która nie dość, że daje bardzo smętne światło, to jeszcze łysieje. Żyrandol gubił tasiemki, niczym jesienne drzewa liście, a jak któraś wstążka się opierała, Anka chętnie jej pomagała. Efekt był taki, że lampa niemal całkiem wyliniała, i choć pomysłów na jej kolejne wcielenie było kilka, straciłam do niej serce i ostatecznie wyrzuciłam z domu. 

Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle:


Co gorsza, lampa do dzisiejszego dnia nie doczekała się godnej następczyni. Wciąż szukam inspiracji i determinacji :-)

Miejsce II


Stolik ze szpuli na kable



Ooo, jak ja uwielbiam takie niskobudżetowe oryginalne pomysły ;-) Choć Ameryki z tą szpulą nie odkryłam, wydawało mi się, że jestem taka genialna i zaradna :-) Mąż się zaangażował, znalazł miejsce, w którym taką szpulę dają za darmo, przytachał to do piwnicy, szlifował i dopieszczał. Napracował się niemiłosiernie i było prawie pięknie. Prawie, bo w blacie szpuli tkwiły dziury ze śrubami (albo po śrubach, już nie pamiętam) i coś trzeba było z tym zrobić. Ponieważ do tamtego momentu nie wydaliśmy na stolik ani złotówki, stwierdziliśmy, że możemy zaszaleć i zamówić szklany blat na wymiar. Zamiast dać mu spokój i zostawić go w wersji saute, postanowiliśmy przed przyklejeniem go pomalować. Być może dla kogoś z Was nie będzie zaskoczeniem, że silikon wszedł w nieznaną mi reakcję z farbą i sprawił, że popękała w miejscu sklejenia. Niezmiernie ubolewam nad tym, że nie mam dla Was stosownego zdjęcia - widok był niesamowity :-) Ponieważ wielu znajomych myślało, że był to zamierzony efekt malarza artysty, postanowiliśmy zostawić stół w takim stanie. Pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że któregoś dnia pewien młody jegomość walnął w ten blat drewnianym młotkiem. Co dziwne, blat się nie posypał, a jedynie popękał (widocznie był dobrze przyklejony ;-). Nie było rady, trzeba było coś z tym zrobić. I zamiast pozbyć się tego najtańszego stolika ever, wydaliśmy kolejne pieniądze na kolejny blat, tym razem ze sklejki, który przymocowaliśmy do poprzedniego szklanego (bo nijak nie dało się go zdjąć). I jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilku miesiącach okresu grzewczego i sporych różnic temperatur, nasz nowy sklejkowy blat zaczął pracować i tak się wygiął do góry, że pociągnął za sobą ten szklany. Szkło się posypało na dobre, a my straciliśmy cierpliwość. Szpula poszła w kąt, gdzie przez chwilę pełniła rolę stolika pod choinkę, a po świętach poturlała się na śmietnik wielkogabarytowy.

Miejsce I


Zasłony z efektem OMBRE




Długo wydawało mi się, że nic nie przebije naszej stolikowej klapy. Myliłam się. Wczoraj podjęłam próbę pofarbowania ikeowskich zasłonek. Od dawna podobały mi się takie cieniowane tkaniny, wiecie, to ten magiczny efekt OMBRE :-) Kupiłam barwnik za 4 zł i przystąpiłam do dzieła. Nalatałam się przy tym jak głupia, a przy okazji zrobiłam bajzel, że aż miło. 
No cóż, mam taką trudną cechę, że nie lubię stosować się do instrukcji. Wszystko chcę mieć już, teraz i najlepiej po mojemu. Więc o ile stosowałam się do wskazówek, by tkaninę moczyć w wiadrze z barwnikiem i stopniowo ją z niego wyciągać, tak by dolna część zasłon była najmocniej zabarwiona, o tyle popisowo zignorowałam wskazówki podane na saszetce z barwnikiem. Prawda była taka, że tkanina powinna była być naturalna. A dodatkowo, farbowanie polegało na gotowaniu tej tkaniny w garze z barwnikiem, a ja próbowałam uskuteczniać tę magię w starym wiadrze. Oszczędzę Wam przydługich opisów. Wystarczy pokazać, że po wielu godzinach namaczania, mycia wanny i szorowania rąk, po finalnym praniu moje firanki wyglądały tak:


Nie obrażam się jednak na DIY. Będę próbować dalej. A jak wygląda to u Was? Podzielicie się swoimi historiami? Pozdrawiam ciepło i życzę Wam słonecznego długiego weekendu :-) 

20 komentarzy:

  1. Hahahaaa :D
    Przepraszam Cię Agnieszko, wiem, że to nie jest śmieszne, ale od razu przypomniały mi się wszystkie moje klapy, z których na szczęście teraz mogę śmiać się już w głos. Większość z nich dotyczyła sposobu powstawania i dekorowania moich pierwszych tortów (i tu znalazłoby się kilka, którym musiałabym przyznać miejsca ex aequo, bo trudno by mi było wybrać tylko trzy), ale zdarzały się też np. próby skracania sukienek, firanek, szycia kostiumów dla córki, po których, jak łatwo się domyślić, materiały nie nadawały się już do niczego, oprócz otarcia sobie łez po porażce ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę bardzo, na zdrowie :) Śmiej się do woli :-))) Czytałam trochę Twoich historii i przyznaję, że są równie ciekawie. Grunt to nie tracić pogody ducha. Uściski! :-)

      Usuń
  2. Podoba mi się ten post! Widzę, że masz tak jak ja - muszę mieć wszystko natychmiast i robię po swojemu ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha, bardzo ciekawy pomysł na posta ;) szkoda strasznie tego stolika - szpuli, bo wyglądał genialnie! Ale cóż, nie zawsze wszystko wychodzi, jakby się chciało... Powiem Ci, że ja mam tą samą cechę co Ty - jak mi się coś spodoba to muszę to zrobić "już, teraz, natychmiast" :P porażki zniechęcają mnie tylko chwilowo - jak mi coś nie wyjdzie, to wracam do tego w późniejszym czasie... w ten sposób nauczyłam się robić sznury koralikowo-szydełkowe (bransoletki) oraz oplatać okrągłe kryształki Swarovskiego koralikami. Teraz walczę ze sznurami tureckimi - ile zrobiłam już poejść, to nie zliczę... mam ochotę cisnąć to w kąt, ale z drugiej strony cały czas mnie ciągnie, żeby spróbować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam Cię za te biżuteryjne cacka. Tylko się domyślam, że wymaga to olbrzymiej cierpliwości i wprawy, i jakoś ciężko mi uwierzyć, że masz takie przygody za sobą :-)) Trzymam kciuki za tureckie sznurki. I cieszę się, że post Ci się podobał i jednocześnie żywię nadzieję, że jednak moje doświadczenia nie będą mi zbyt często dawały okazji do pisania podobnych wpisów :-) Pozdrawiam ciepło! :-)

      Usuń
  4. Najlepszy sposób to zrobić wszystko po swojemu. Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie okazuje się, że nie zawsze.. :-) Farbowanie firanek na granatowy kolor skończyło się tym, że zostałam ze śnieżnobiałą koronką ;-) Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Z tą firanką to bym się lekko wkurzyła ;)
    tyle pracy....podziwiam za cierpliwość
    Ciekawy post.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toż ja wcale nie mówię, że się nie wkurzyłam ;-)) Uściski! :-))

      Usuń
  6. Niesamowita jesteś, tak cudnie opisałaś te wszystkie niespodzianki, że nie mogę się przestać śmiać :))
    Najważniejsza to pogoda ducha, i nie przejmowanie się potknięciami :))
    Pozdrawiam cieplutko, Agness:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że poprawiłam Ci humor :-) Przecież nie można ciągle pisać o tym, jak to wszystko wspaniale mi wychodzi (bo nie wychodzi ;-). Życie pełne jest niespodzianek i faktycznie ważne jest to, by się nie poddawać. Uściski! :-)

      Usuń
  7. Uahahaha, znaczy jest nas więcej? :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Coś mi się wydaje, że każda z nas ma jakieś nieudane pomysły na swoim koncie. I chyba nie ma się co przejmować. :) No chyba, że oprócz pracy włożyło się jeszcze kupę kasy.:(
    Ja poległam na spękaniach w decoupagu. Wszystkie moje próby kończyły się fiaskiem, poupychane po szafkach nieudaczniki wreszcie niedawno zostały gruntownie przerobione na moje ukochane przecierki. Jedna porażka została ku przestrodze. :)
    Róże na szafie, a miało być tak pięknie...:)
    A na stolik ze szpuli choruję od dawna, ale na taras. Ale nie mam szpuli. :( Twoje uwagi będę pamiętać. :) Buziaki.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że patrząc na Twoje dzieła (naprawdę uważam, że Twoje prace są piękne!), ciężko mi uwierzyć, że decoupage był taki oporny. Ale może tak właśnie miało być, żebyś poszła w te cudne transfery? :-))
      Szpula była piękna i faktycznie trochę żal, ale to rozwiązanie ewidentnie u nas się nie sprawdziło. Mam nadzieję, że Tobie pójdzie lepiej :-) Uściski :-)

      Usuń
  9. Szkoda, szpula bardzo mi się podobała, piękna była , pozdrawiam http://thirdfloorno7.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Jedyna pociecha, że to jest normalne, sama mam takich porażek sporo. Najlepiej pośmiać się i działać dalej. Szpulowego stolika faktycznie żal. Całuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. To jest zupełnie normalne :-) I jest nas więcej :-) Ściskam ciepło :)

      Usuń
  11. Och kochana... ja jestem taką sierotką, że mi żadne DIY nie wyjdzie...

    OdpowiedzUsuń
  12. PO pierwsze ciekawy post;) po drugie - też tak mam....czasami wydam więcej pieniędzy, zuzyje masę cierpliwości, stracę mnóstwo czasu a efekt jest taki sobie lub brak efektu...wtedy jestem oczywiście rozczarowana, ale tylko do następnego razu kiedy znów kolejny genialny pomysł zaświta mi w głowie;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Na początku mojej przygody z szyciem gdy miałam 18 lat miałam dużo zapału. Niestety, stosując gotowe wykroje wychodziły spod mojej maszyny rzeczy zbyt duże, niedopasowane lub nie leżące dobrze. Jeszcze gorzej było jak szukam według własnego pomysłu bez wykroju. Zapał wygasł i teraz, a minęło już pewnie ze 20 lat jak cos sama sobie uszyłam, ubrania kupuje gotowe, a na przeróbki nosze do krawcowej. Choć czasami nachodzą mnie myśli żeby cos sobie uszyć, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń